Miało być pełno optymizmu, plany, chęć do działania i inne rzeczy, które jeszcze do niedawna były mi obce, a chciałam przysposobic je jako swoje. Prawie udało się. Prawie oszukalam życie. Od jakiegoś jednak czasu dostaję od losu po mordzie, a gdy już leżę, nie omieszka dowalic z glana i nasikac na mnie, przypominając jak niewiele warta jestem.
Nie układa się w kwestiach pracy, związku, przyjaźni, seksu . Nie układa się również B. co odbija się na mnie.
Dodatkowo okazało się, że B. wyjeżdża na 3 miesiące, w tym na 2 z rodzicami, chowając dumę do kieszeni. Nie mogę powiedzieć mu, żeby nie jechał, skoro sama planuję w przyszłym roku wybyc na znacznie dłużej, niż on. Ten wyjazd to gowniana sprawa. Boję się, że nie będzie już nas jesienią gdy wróci. I że ja sobie bez niego nie poradzę bo zwariuje z samotności. Ile ja się wyplakalam przez ostatnie tygodnie, chyba nigdy nie policze. Nie zostało mi już nic innego, nic co mogłoby mnie pocieszyć i zapewnić, że gdzieś jeszcze się nadaję. Czekam tylko na wyniki z CAE jako wisienke na torcie niepowodzeń.
Prawie nie śpię, nie jem, jestem placzliwa i przerasta mnie absolutnie wszystko.
Byłam teraz w domu rodziców. Tu też pusto. A powoli nie mam siły szukać szczęścia gdzieś dalej...
To, czy taka przyjaźń istnieje, próbowano rozstrzygnąć już od wieków. I dalej nic. Prawdopodobnie rozwiązanie tej zagadki byłoby prostsze, gdyby nie to, że zamieszana jest też w to kobieta. Podzielę się jednak, jak to wygląda u mnie(a co, kto mi zabroni!).
Oprócz oczywiście B., który jest moim przyjacielem, ale również chłopakiem, więc chyba nie liczy się, mam jednego męskiego przyjaciela. T. poznałam na początku moich studiów, jesteśmy nierozłącznym duetem na roku, wiadomo,że jak ktoś zapisuje mnie do jakiegoś projektu, to musi być tam T. I na odwrót. A jak mamy robić coś w parach, to też wiadomo z kim będę pracować. Spędzam z nim przerwy między zajęciami. Chodzimy coś zjeść, czasem razem gdzieś wyjdziemy na piwo czy jakiś koncert(ale to rzadko, bo T. to jeszcze większa leniwa buła,niż ja).
Zastanawiacie się pewnie, czy serio wszystko jest tak niewinnie i traktujemy się totalnie aseksualnie? Teraz tak. Ech,muszę przyznać, że nie zawsze było tak, że naprawdę "kumple". Z mojej winy. Z jego nie wiem. On zresztą nie wie, że ja kiedyś coś, ja mogę nie wiedzieć, że on kiedyś również. Jedyna rzecz, której mu nie mówię, to to,że byłam kiedyś w T. trochę zakochana. Etap jednak przeszedł, dalej(a nawet bardziej) przyjaźnimy się, więc może jednak można uznać naszą relację za zupełny "friendzone".
Gdy poznaliśmy się, nie zwracałam uwagi na T. w sensie "obiektu westchnień". Ja, K. i T. tworzyliśmy mroczne trio, ku plotkom niektórych wywłok na wydziale, że ja tak i z jednym i z drugim wiadomo co.. Plotki jednak ucichły, K. zrezygnował z kierunku, zostałam ja i T.
Czemu się zakochałam?(tak to nazywam, bo na zauroczenie to zbyt ciężko to przeżywałam). T. jest bardzo przystojny. No kurde taki mój typ i ideał. Teraz mówię to głośno na lewo i prawo, że jest przystojny, ale dlatego, że już nie mam z tym problemu. Poza tym, bardzo już kogoś wtedy potrzebowałam. Dogadywaliśmy się świetnie, te same zainteresowania, muzyka, poczucie humoru,jego zachowanie gentlemana. Która z Was byłaby niewzruszona? ;) T. miał jeszcze tę właściwość, że po pierwsze, nigdy nie zauważał, że ktoś na niego leci(wynajęłybyście samolot z transparentem, to by akurat wiązał sznurowadła), po drugie, sam nigdy nie okazuje czegoś takiego. Poker face. Nie mogłam więc zweryfikować niczego, oprócz oczywiście pytania wprost, a na to nie miałam odwagi. Zwierzanie się, spędzanie mnóstwa czasu, rozmowy do późna- nie miałam jasnego obrazu "czy to jest przyjaźń,czy to jest kochanie", no i wpadłam(w miłostkę, nie w ciążę). Długi czas miał przerwę między jedną dziewczyną(z którą zerwał po 3 latach, na początku naszej znajomości),a kolejną, więc w tym czasie miotałam się jeszcze bardziej. Wszystko podsycał K., z którym mieliśmy kontakt, który albo trochę się naśmiewał o tym, że się zejdziemy, albo może coś widział-u mnie? u niego?.
Przez naprawdę długi czas wpadałam w radość(bo nagle ni z tego, ni z owego przytulił mnie mocno na pożegnanie, a nigdy tego nie robił, czy przyjechał do mnie przed zajęciami, tak o,żeby posiedzieć, bo poznałam jego rodziców,a on moich- na jego specjalne życzenie!), albo w rozpacz(bo akurat ktoś mu się spodobał,albo włączył mu się tryb gbura i zbywał mnie półsłówkami). Starałam się z jednej strony nie pokazać nic, z drugiej uruchamiać tak łagodne sygnały, żeby może jednak coś pojął- ale na tyle łagodne, że mogłabym się ich wyprzeć,gdyby był niechętny. Nie wiem, czy kiedyś coś zauważył. Może raz, jak poszedł ze mną na piwo(mimo,że nie pije alkoholu, podobno tylko dla mnie), a ja lekko podchmielona dałam bardziej znak,że jakby co, to ja czekam. Może inaczej to zrozumiał, może nie zwrócił uwagi, może po prostu nie chciał.
Kiedy mi przeszło? Szczerze? Razem z B. Chociaż pamiętam dzień po tym, jak zeszłam się z B. Stałam w kolejce z T. w sklepie, rozmawialiśmy. Jemu coś akurat nie układało się z dziewczyną. A na ten mój związek reagował jakoś tak...Niby, że świetnie,ale miałam wrażenie,że przyzwyczaił się trochę, że jestem forever single, zawsze obok. Że go to tak trochę zaskoczyło. Nie pamiętam teraz, co konkretnie wtedy powiedział. Ale było to coś, co tym razem ja odebrałam,jako sygnał- może nadinterpretując, nie wiem. Pomyślałam tylko wtedy, że wystarczy, że powie jedno słowo, to trudno, ale zostawię B. Praktycznie bez wahania. Nie ma co dziwić się, znaliśmy się z B. dopiero od około 2 tygodni(tak,w wiem, szybko nam poszło). Ale jednak tak głupio.
Później rosnące uczucie do B. przyćmiło wszystko. Teraz już nie mam problemu z T.(chociaż 2 razy śniło mi się, że się całowaliśmy, ale zrzucam to na to, że swego czasu tęskniłam bardzo za B., a z T. ciągle widywałam się, więc chyba zlało się w mózgu w jedno ;p). Co więcej, nasza przyjaźń dużo zyskała. Pomagał mi w trudnych chwilach z B., patrząc na wszystko rozsądnym, męskim okiem, przeprowadzał mnie do nowego mieszkania, wiem, że mogę do niego zadzwonić w środku nocy, bo chcę się wygadać, chodzi czasem ze mną na zakupy- ku uciesze bab w Rossmannie poganiając mnie różnymi hasełkami przy wyborze szminki, poratuje czasem kasą, nie mamy żadnego tematu tabu(no oprócz tego jednego, który opisałam ;p). Bywa szorstki, jesteśmy dla siebie złośliwi- ale tak to już wygląda przyjaźń z facetem. Nie ma lukru, jest dużo szczerości, wolności(nie gadamy przez 2 tygodnie? No problem!) i zawsze gotowość pomocy.
Jak to toleruje B.? Mimo początkowej wzajemnej nieufności, również polubili się. Nie jest zazdrosny,wie, że może mi ufać. Czasem ma tylko drobne akcje, ale przyznam, że trochę z mojej winy, bo B. zaleca się do mnie i łasi gdzieś z tyłu, a ja niewzruszona gadam na fb z T. Albo T. drapie mnie za uchem w tramwaju, na oczach biednego B. Ale ogólnie jest dobrze. Wierzę,że kiedyś będziemy spotykać się w czwórkę(razem z jakąś Panią T.) i wspominać stare, studenckie czasy.
Czy powiem kiedyś T. o tym,że nie zawsze chciałam go tylko za kumpla? Nie wiem. Może. Ale pewnie dopiero wtedy, gdy oboje żonaci/'mężaci'+dzieciaci i będzie nam już naprawdę wszystko jedno. Na razie chyba nie ma jeszcze odpowiedniego dystansu, a nie chcę niszczyć naszej przyjaźni(tak, teraz już tylko), czy moich relacji z B.
Teraz już z całą pewnością mogę powiedzieć- tak, przyjaźń z facetem istnieje!
Wróciłam. Zmęczona, trochę podłamana egzaminem(wszyscy religijni czytelnicy zobowiązani do modłów w mojej sprawie), z mnóstwem rzeczy jeszcze przede mną, ale mimo wszystko, powinnam już bywać tu częściej. Im dłużej nie pisze się, tym trudniej znowu zacząć i nadrobić zaległości na Waszych blogach, bo w przeciwieństwie do mnie, nie opierdzielacie się w kwestii postów ;).
Tak, jak wskazuje tytuł, zmagam się z wieloma uzależnieniami. Czasem ciężko z nimi żyć, ale udaje mi się od czasu do czasu pokonać. A później znowu wracam i tak w kółko. Co konkretnie?
1. Kawa
Nie jestem typem osoby, która po przebudzeniu wygląda i czuje się, jak w reklamie. Raczej nie umiem otworzyć oczu, wszystko mnie wkurza i jestem jeszcze większą zołzą, niż zwykle.
Pierwszy łyk, i może to tylko placebo, ale nagła odmiana. Świat nie wydaje się taki zły, ja robię się bardziej ludzka, odkładam do szafki cyjanek, którym miałam częstować wszystkich domowników.
Z kawy zrezygnować potrafię, jeśli naprawdę wyśpię się,lub mam dzień lenia- ale to bardzo rzadko. Zresztą, nawet jeśli zdarzy mi się zastąpić napój bogów kubkiem herbaty, to i tak zaraz po niej robię kawę. Musi być i koniec. Dobrze, że przynajmniej na razie trzymam się jednej filiżanki/kubka dziennie. Jest nadzieja,że nie padnę na zawał przed 30-stką.
Kiedy zaczęło się moje uzależnienie? No już parę dobrych lat temu, w czasie warsztatów maturalnych z historii i wosu. Jeździłam z koleżanką w weekendy(!) o 7.05 do Katowic, na miejscu biegłyśmy do McDonalds, tam kawa, jakaś buła i na zajęcia. Później w trakcie nauki do matur moja kawowa miłość rozwinęła się, i tak już zostało.
2.Facebook
Jestem dzieckiem facebooka. Potrzebuję go nie tylko do rozrywki, bo mamy tam np.: grupę skupiającą ludzi z roku i gdyby nie ona, nie wiedziałabym,czy ktoś odwołał zajęcia, jak dzielimy się na projekty i kto zapisuje się na dodatkowe warsztaty.
Ponadto lubię być na bieżąco, a fb umożliwia mi to. Nie muszę wchodzić na tysiącpięćsetstodziewięćset stron, czy pojawiło się coś nowego(po drodze zapominając o połowie), tylko na jednej tablicy mam wydarzenia politycznie, artykuły z ulubionych gazet, bieżące wiadomości z ważnych instytucji, aktualne promocje w sklepach, do których zaglądam i możliwość kontaktu z wieloma osobami, z którymi normalnie urwałby się,a tak zawsze można od czasu do czasu zagadać i trwają nadal. Mogę też o coś ogólnie zapytać i liczyć na odpowiedź również od tych, których normalnie bym nie zapytała-tak na przykład skombinowałam torebkę na bal ;)
3. Kwejk
Wiem, że to trochę żenujące, ale tego typu strony są idealne, gdy chcę się "odmóżdżyć", odpocząć, wyluzować. Tylko przewijasz i patrzysz. Nic nie trzeba myśleć. Bajka.
Mogłabym dodać do listy jeszcze przeglądanie allegro, B., książki, blog(tak, wiem, ostatnio to masakra) i makijaż. Ale w porównaniu do tych trzech pozycji, to tylko pomniejsze uzależnienia(żeby nie było, kocham B., ale już przechodzi mi ten okres "bądźmy razem 24/7!". Teraz już się umiem oderwać od niego-zresztą nie miałam wyboru).
A Wy na co cierpicie? Co jest Waszym must-be? Czekam na wyznania anonimowych blogowiczów..
Jestem w ciąży. Płód był już duży. A brzuch nie był okrągły. Moja skóra
oblepiała dziecko, tak, że wyglądało, jak w kremowym pokrowcu. Widać było
stopy, ramiona i kształt głowy. Musiałam podtrzymywać je rękami, bo w tym
skórzanym worku wisiało bezwładnie.
Śniło mi się, że...
Byliśmy w kinie z B., tylko jeden fotel wolny. Siedziałam na podłodze, w
tej dziwnej ciąży. Nie dotrwaliśmy do końca seansu, miał trwać 3 godziny 47
minut. Chciało nam się spać, opierałam się o fotel B.
Śniło mi się, że...
Prowadziłam sklep, w którym sprzedawałam swoje rzeczy z dzieciństwa-
ubranka dla lalek bobasów, książeczki. Przyszedł ojciec z dziewczynką, ona
przechodziła do innego wymiaru, przymierzając moje rzeczy i strojąc lalki. Tak,
jak zwykłe dziecko biega po sklepie, ona biegała między światami. Po niebie
latały smoki i formowały się groźne chmury. Mówiłam jej ojcu,że to
niebezpieczne i powinien pilnować córki. Nie wiem, czy się przejął. Później
siedzieliśmy na plaży i obserwowaliśmy, jak morze przypływa i odpływa. Był
zachód słońca.
Śniło mi się, że...
Byłam na podwórku u rodziców i były tam moje psy. Bałam się o nie, że wyjdą
przez płot na ulicę i potrąci je samochód. Jak złapałam jednego, to uciekał mi
drugi.
Śniło mi się, że...
Byłam u mojej babci. Babcia mówiła po francusku i wszyscy dziwili się, skąd
potrafi. Nudziłam się w domu. Moi rodzice gdzieś jechali, byłam o coś zła na
ojca, ale nie chciałam, żeby odjeżdżali.
Śniło mi się,że...
Byłam w jakiejś szkole, na wielkiej sali, jakby stołówce, były też
prysznice. Wszyscy kąpaliśmy się. Była tam moja młodsza kuzynka i jej
rówieśnice. Zadzwoniła do mnie M. i chciała się natychmiast spotkać. Spieszyłam
się, bo dla M. jeszcze do niedawna mogłabym rzucić wszystko. Czas się jednak
rozwlekał, nie spotkałam się z nią, ale zobaczyłam moją ukochaną polonistkę z
liceum. Taką prawie przyjaciółkę. Nie rozpoznała mnie, tłumaczyłam jej kim
jestem i co razem robiłyśmy. Coś jej świtało, a mnie było przykro, czego
starałam się nie okazywać. Była jakaś 5 rano, lato, szłyśmy ulicami W., które
dopiero zaczęły się zapełniać. Światło było miękkie, jeszcze przygaszone, jak
na starych zdjęciach. Czuć było, że to będzie ciepły dzień.
B. jest teraz u siebie w domu. Dzwoni do mnie dzisiaj z samego rana jego mama. Bo B. miał niepoprane pewne rzeczy, bo pozwijał wszystko w torbie, bo poszedł kąpać się rano, zamiast wieczorem...
I szczerze- dalej nie wiem, po co ten telefon.
1. To, że B. to trochę taki typowy muzyk, hipis i luzak, wiadomo nie od dzisiaj. Zwisa mu to, że ma dziurę w spodniach(są bardziej klimatyczne!), że ma pogniecione ciuchy, czy że wepnie piórko we włosy i ludzie się patrzą. Lubi jak się patrzą.
2. B. udało mi się trochę wychować. Oczywiście początkowo była totalna fascynacja, ale wróciła rzeczywistość, a mnie jako babę, zaczęło irytować trochę, że ja tu na wysoki połysk, elegancko, szpileczki, a tu za rękę trzymam (no, zdecydowanie porządniejszą, ale jednak) wersję Ryśka Riedla. B. wziął to do siebie, zresztą odkąd poznaliśmy się dużo wydoroślał, więc sam zaczął pewne rzeczy dostrzegać. Wie, że czyści się buty, że podarte ubrania nosi tylko po domu, albo na koncertach, że ma się uczesać i wypachnieć. Zresztą styl garniturowy też lubi i jak trzeba gdzieś wyjść to potrafi się ubrać elegancko i z wielkim gustem. W ogóle ma cholera takie jakieś wyczucie w stosunku do ubrań(no, i urodę, która go ratuje) , że każdy, kto włożyłby na siebie to, co on nosi, wyglądałby tragicznie, B.-fascynuje.
Ogólnie w wersji ciuchów normalnieje, nie chcę go wiadomo zmieniać kompletnie, bo taki już jego urok, ale udało się oszlifować go trochę i bardziej wpasować do panujących standardów, że już nie muszę martwić się przed spotkaniem, co tym razem w swoim wyglądzie spierniczy ;p
3. Nauczyłam B. obsługiwać pralkę, gdy jesienią przeprowadził się do W. Autentycznie, koleś 22(prawie) lata i prał sobie wszystko ręcznie. Ciężko mi przypilnować, jak często robi sobie prania, ale w brudnych raczej nie chodzi, więc widocznie prać musi. Czasem zresztą przypomnę mu, że pewnie już uzbierało się na tyle, że mógłby przeprać. Czasem ja coś dorzucę do swojego prania z jego ubrań. Ogólnie jakoś to leci.
4. B. ma tak, że kąpie się, gdy wraca późno z pracy- ok 18-19, albo jak tej pracy nie miał akurat i na drugi dzień też wolne, to woli rano. Tego mu akurat zarzucić nie można, żeby chodził brudny, czy przepocony. Po prostu ma takie jakieś nieunormowane godziny. Z tego co zresztą obserwuję u pary, z którą mieszkam, czy facetów koleżanek, ojca, wujków etc. wszyscy mają jakiś taki specyficzny stosunek do wody. "A może dzień dziecka?" "Łee, znowu prysznic"... Niechęć i ociąganie nie przekłada się jednak na to, żeby którykolwiek z nich wyglądał jak bezdomny. Znacie coś takiego u facetów, czy to tylko ja obracam się w nienormalnym środowisku, gdzie facetów męczy prysznic,jak wykopki i próbują robić test zapachowy na przydatność skarpetek, dopóki ich kobita nie przydybie?
5. Myśl ostatnia: z której kurwa strony to jest moja brocha, że B. robi tak, a nie inaczej? Nie mówię, że mnie to nie obchodzi, staram się zwrócić mu uwagę na wiele rzeczy i widzę duże postępy. Ale dzwoni do mnie matka, kobieta z którą mieszkał całe życie, która powinna go wychować, kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, żeby się pożalić? poskarżyć? mnie wypomnieć jako jego kobicie? że B. ma pogniecione ciuchy i zgarnął parę mniej świeżych koszulek przy pakowaniu i że wykąpał się rano, a nie wieczorem.... No dżizas! To go kurde babo mogłaś nauczyć, jak obsługuje się pralkę, gonić z żelazkiem jak wychodził z domu czy kupować lepsze ciuchy, a nie całe życie znoszone po bracie, czy ze sklepów z używaną odzieżą, żeby doceniał lepsze produkty! Autentyczny tekst mojej teściowej sprzed ponad roku, gdy B. do niej poszedł i poprosił, żeby mu pokazała jak obsługuje się pralkę, bo będzie wstyd przede mną, że nie umie: "od tego jest kobieta, żeby robiła takie rzeczy, po co Ci to?". Gdzie była, żeby go pokierować, jak olewał sobie szkołę? Gdzie była,gdy ojciec lał go kijem,tak, że 7-letni B. poszedł na policję, a ta odesłała go z kwitkiem(ech te lata 90te..)? Interweniowała gdy B. wychowywało podwórko, bo ojciec poszedł na kilka lat w tango? Gdy groziło mu niezdanie? Gdy musiał robić za gosposię i niańkę do dziecka latami, zamiast się uczyć? Gdy oszukiwali B. na pieniądze, gdy pracował u nich? Gdy zaczął palić w wieku 12 lat i przestał dopiero rok temu pod moim wpływem? Gdy ojciec B. wyrzucił go z domu i B. przez jakiś czas był autentycznie bezdomny? Gdy pojechali sobie do Francji na święta z najmłodszym bratem, a jego zostawili i w końcu wylądował u mnie? Gdy wypierdolili go ponownie na kilka dni przed planowanym terminem przeprowadzki do W., jesienią tamtego roku, tylko dlatego, że zapytał się, czy nie mógłby pojechać na 2 dni do mnie(a akurat u tych rodziców miał jeszcze 2 dni pracować), dając mu kubek, poszewkę na poduszkę i ze 2 ręczniki- tak, bez chociażby pościeli na puste mieszkanie, którą w końcu dostał od właścicielki,jak zobaczyła z czym przyjechał, zupełnie obcej kobiety(nawet mój ojciec miał świeczki w oczach,jak się dowiedział, jak można własne dziecko puścić w skarpetkach, mimo, że potrafi być krytyczny w stosunku do B.). A biedni nie są, tylko B. to taki pies do odpadków dla nich.
Teraz do mnie dzwoni, że on nieunormowany jest. Że mam go nauczyć jeść śniadania, podejmować zawsze rozsądne decyzje, dbać o wygląd. I wiele rzeczy z tych osiągnąłem. Ale krew mnie zalewa do tej pory, jakbym to ja jej przysłała B. odmienionego na gorsze(a nie na odwrót, bo chociaż wszyscy zauważają dużą poprawę w charakterze, wyglądzie i sposobie życia B., to ona nigdy nie), tak jakby wcześniej robił inaczej.
Czego Jaś się nie nauczył, tego przyszła Janowa musi nauczyć, ale wina jest mamy Jasia, a nie całego świata, jak ona twierdzi.
Z racji tego, że czeka mnie samotny długi weekend, bo B. wyjeżdża, a ja przeziębiłam się i wyjazd do domu odpada, tak sobie leżę i czekam na śmierć pod kołdrą. Gdy już obejrzałam pół internetu, a ta druga połowa nie wydawała się zachęcająca, zaczęłam rozglądać się po pokoju. Wtedy mój wzrok wyłapał wszystkie rzeczy, które mnie w moim lokum wkurzają i których nigdy, przenigdy nie będę miała w mieszkaniu, gdy już się własnego dorobię. Listę poszerzyłam o elementy z innych pomieszczeń i tak powstało top 10 najbardziej irytujących rzeczy ever. Oczywiście lista jak najbardziej subiektywna, więc innych te rzeczy mogą nawet cieszyć, lub mało obchodzić- ja jednak już mam uraz.
1. Dywaniki na schodach
fot.:Shutterstock
Nawet jakby ten dywan miał wyglądać tak, to nie! W ogóle jestem antyfanką dywanów i dywaników, a te na schodach, to już koszmar do kwadratu. Konia z rzędem temu, kto to dokładnie odkurzy,pomijając już fakt, że odkurzacz cały czas trzeba tachać, no bo się nie postawi. Jak schody to bez ozdób, które tylko zbierają kurz i brud.
2. Białe drzwi
fot: Shutterstock
Kolejna niepraktyczna rzecz. Domycie takich drzwi, szczególnie przy klamce, to nie lada wysiłek. Nie wiem, my jesteśmy jakimś stadem brudasów nie myjących rąk, czy one tak łapią wszystko? Tych zresztą chyba długo nikt nie mył, bo zdążyły strasznie pożółknąć i wyglądają beznadziejnie.
Tak bym wyglądała, gdybym miała przejmować się każdą plamą, jaka pojawia się na takiej podłodze. Tutaj w mieszkaniu jest jasnobeżowa, w domu u rodziców żółta(taki tam meksykański wystrój kuchni) i obie co chwilę musiałaby mieć bliższe spotkanie z mopem. Jestem raczej typem bałaganiary, ale mam trochę manię na punkcie porządku w kuchni i łazience- po prostu, bałagan ok, brud nie! Moim zdaniem lepiej wybrać jakiś pośredni odcień podłogi, gdzie nie trzeba będzie się ciągle spinać, że podłoga permanentnie brudna. Czego oczy nie widzą, tego sercu tak nie żal ;p
4. Miejsca nieprzyjazne odkurzaczowi
Przyznam, że z domowych prac najbardziej lubię pranie i odkurzanie. Bardzo mnie irytuje, kiedy tę drugą czynność coś mi utrudnia. Meble zbyt niskie, by pod nimi odkurzyć, ale na tyle wysokie, że zbiera się pod nimi kurz; odległości np.: między sedesem a ścianą, czy między szafkami, w których nie mieści się końcówka odkurzacza etc etc. Takie miejsca to zdecydowanie dzieła Szatana i należy projektować i urządzać mieszkanie z głową, a nie zamiatać później podłogę szczoteczką do zębów,czy dostać przepukliny od przesuwania sprzętów.
5. Zabudowanie kaloryfera
Stary, żeliwny, gdzie między żeberkami(czy jak to się nazywa) zbiera się kurz. To bym nawet przeżyła, gdyby nie ta "zabudowa". Grzejnik jest we wnęce w ścianie, dopasowanej do niego. Poza tym, przy górnej części wnęki jest taki jakby drewniany parapecik, który uniemożliwia wytarcie kaloryfera od góry, położenie na nim butów zimą, ściereczki, czegokolwiek. Sprzyja jedynie pająkom, autentycznie boję się tam wciskać rękę(na styk) żeby sprzątać. Gdyby tego było mało, przed kaloryferem jest przybity do podłogi stół. Coś jak kreślarski. Cholernie szeroki i długi. Chyba nie muszę mówić, że zimą siedzę głównie pod kocem, bo całe ciepło kumuluje się pod tym stołem, parapecikiem i pająkami, a na pokój płynie tylko jego część? Nigdy w życiu czegoś, co utrudnia dostęp do kaloryfera. Nigdy. Nie mówiąc o tarzaniu się pod stołem podczas sprzątania i liczenia pająków, które na mnie wypadają z maczetami.
6. Grzejnik na ręczniki zaraz nad wanną
Jak już przy grzejnikach jesteśmy... Spotkałam się z tym praktycznie w każdym mieszkaniu, w którym taki grzejnik był. To jakaś forma zagospodarowania ściany nad wanną? Wymogi techniczne? Większa myśl, której nie pojmuję? Przecież przy braniu prysznica wszystko jest zalane, choćby nie wiem jak się uważało. Nie można choćby obok wanny dać takiego grzejnika, gdy jest możliwość?
7. Podłoga z klepek, jeśli jest źle(albo 30 lat temu) polakierowana i zabezpieczona
By Przykuta (Own work) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0-2.5-2.0-1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons
Prawdopodobnie taka podłoga może być piękna. Nie jestem znawcą tematu, ale wydaje mi się, że chyba również bardzo wymagająca, bo ta w mieszkaniu wygląda niewiele lepiej niż na zdjęciu(a fotografia z Pałacu Poznańskiego w Łodzi podobno...XIX w...). Otarcia, dziwne plamy, tak jakby w danym miejscu długo stała woda, braki w drewnie.. Co by z tym teraz nie robić, wygląda źle. A efekt na pewno miał być inny.
8. Białe, chropowate meble
Podobnie jak drzwi. Gładkie może jeszcze są w miarę funkcjonalne, bo przetrzesz i po kłopocie. Te- never! Szoruj, aż odpadnie Ci ręka, a i tak w zagłębieniach zbierze się brudna woda, którą znowu musisz zbierać, i znowu, i jeszcze raz, bo akurat przykleił się kłaczek ze ścierki a na tym białym tle jest, jak dioda...
9. Dwa pojedyncze materace w podwójnym łóżku
Gdyby ta para miała w łóżku dwa materace, na pewno by się tak nie cieszyli posiłkiem(fuuj, okruszki w łóżku!). Niestety takowe posiadam. Powoduje to cowieczorny dylemat, czy spać na stronie lewej, czy prawej, bo spanie na środku łóżka odpada. Materace mają wystające krawędzie i leżąc na nich, czuję się, jakby torturowano mnie średniowiecznym narzędziem, abym przypomniała sobie wszystkie grzechy. Przypominam sobie, więc czym prędzej umykam na którąś stronę. Głównie na lewą. Nie lubię spać przy ścianie. Najbiedniejszy w tym wszystkim jest B., któremu przypada spanie na środku, gdy ja znajduję się po lewej. Jemu podobno wszystko jedno, bo nie w takich miejscach już sypiał, ale trochę mi głupio. Oczywiście tylko na tyle, żeby jednak nie oferować się, że to ja zajmę środek. Zakup dwóch materaców odradziłam również rodzicom, którzy nieświadomi niebezpieczeństwa, chcieli zróżnicować swoje połówki łóżka, na twardą i miękką. Posłuchali, śpią wygodnie. A na pewno wygodniej niż B., gdy u mnie bywa.
10. Lustro obok okna, prostopadle do niego.
Autor: Bluesnap, źródło: Pixabay.com, licencja: Public Domain CC0
Pewnie zastanawiacie się, w czym problem? Otóż mam szafę typu komandor(to akurat hit mieszkaniowy, jak zmieściła moje rzeczy i jeszcze jest miejsce, to znaczy, że zmieści wszystko), a cała jej powierzchnia z przodu to dwa przesuwane lustra. Pomijając mycie ich, jest ok. Tylko, że szafa mieści się prostopadle do okna(a właściwie drzwi balkonowych) i... mimo zasunięcia zasłon wieczorem, na zewnątrz w kawałku tego lustra, którego nie da się w pełni zasłonić, odbija się to co w pokoju. W nocy, gdy zgaszę światło, odbija w się w lustrze światło lampy zewnętrznej, która emituje zimne, zielonkawe światło. Super. Wieczorem robię za lokalną ekshibicjonistkę, w nocy boję się patrzeć w stronę okna. Żyć, nie umierać.
Macie lepsze doświadczenia z tymi rozwiązaniami w mieszkaniu? Coś byście dopisali? Wymieńmy się doświadczeniami ;)
Jestem teraz w stanie permanentnego świątecznego zabiegania. We wtorek po urodzinach znajomej poszłam spać o szatańskiej porze, w środę od rana piekłam chleb, szukałam sukienki, załatwiałam sprawy przed wyjazdem do domu, byłam na zajęciach i sprzątałam mieszkanie. Wieczorem, mimo, że mieliśmy z B. wolną chatę pierwszy raz od miliona lat(no coś koło tego), zaraz po wyjeździe wszystkich współlokatorów, padliśmy spać. A miały być dzikie seksy, wyszła początkująca starość i zmęczenie- jak zwykle.
Chlebek wyszedł pierwszorzędnie- jak to mówią, do trzech razy sztuka! Wyrośnięty, idealny w środku, rodzice-wcześniej sceptyczni co do wizji mnie w rola piekarza-amatora- dzisiaj padli z wrażenia(zapewniam, że nie ze względu na to, że chcieli być mili. Nie chcieli.).
Sukienka w końcu znaleziona. Bardzo mi się podoba, jest z serii kreacji, które bez większej biżuterii i dodatków bronią się same. Ma bardzo ciekawy odcień. W sztucznym świetle jest bardziej kawowo-złotawa. W dziennym(ku mojemu zdziwieniu, bo w domu myślałam przez moment, że nie tę sukienkę wzięłam) sprawia wrażenie bardziej srebrno-szaro-fioletu(?). Nie gniecie się, wygląda na mnie, jak skrojona na miarę, jest starannie i równo uszyta, dyskretnie mieni się, no i jest całkowicie polskim produktem. A ja propaguję konsumencki patriotyzm(tzn, nie zawsze, ale jak jest możliwość to biorę "nasze" ;) ).
A dzisiaj w domu. Pociąg zatłoczony strasznie, ale w końcu home sweet home. Teraz tylko sprzątanie i gotowanie(moje ulubione!), a w sobotę przyjeżdża B. Kolejny raz przekonał się, że z rodziną(szczególnie jego) to najlepiej tylko na zdjęciu, więc moi rodzice, chcąc nie chcąc, zaprosili go do nas. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze, ale mamie i tacie będę wdzięczna do końca życia chyba. Świadomość, że B. miałby być w święta sam, w pustym mieszkaniu, moje zepsułaby mi kompletnie. Ale o tym może będzie inna historia...
Ostatnie dni są dla mnie mało korzystne. Może to przez pogodę, a może przez nadmiar obowiązków, nie mam absolutnie na nic ochoty. Kuleje tez blog(chociaż jak widzicie, zmienił się wygląd-będę wdzięczna za opinie i za ewentualną chęć pomocy w 2 kwestiach, Czytelniczkom ogarniętym w css i html), ale postanowiłam, że skoro obiecałam sobie, że codziennie ma być nowy post, to będzie. Jeden dzień przerwy łatwiej jest mi sobie wybaczyć, niż 2, 3 i tak kolejne.
Kiedy nastrój jest nie do końca dobry, jest szaro, smutno, chce się spać i przeleżeć w łóżku najbliższe dni, może warto sobie przypomnieć, co potrafi sprawić, że czuję się mniej osikana przez psa, zwanego Życiem. Tak metaforycznie.
Pamiętacie film "Amelie"? Jeden z moich ulubionych, który nigdy się nie nudzi i który-o dziwo, gdy już namówiłam do oglądania po 666 próbach- został oceniony również przez B. 10/10! Każdy z bohaterów miał w swoim życiu drobiazgi, które czyniły je przyjemniejszym- dziurkowanie liści, zanurzanie dłoni w worku z ziarnem i tak dalej...
Nowej czy starej, obojętne. Każda ma w sobie coś pięknego. Mam taki zwyczaj, że zanim zacznę czytać książkę, wącham ją. Wygląda to pewnie dziwnie w pociągu, czy poczekalni(bo ostatnio tylko tam mam okazje czytać), ale staram się to robić ukradkiem ;) Gładzenie kartek, czy okładki, wygląda już lepiej, też bardzo lubię to robić.
Właściwie to nie wiem, który napój wolę. Zdecydowanie piję więcej herbaty, szczególnie białą i zieloną(ostatnio głównie Japan Genmaicha-moja ulubiona!), jednak aromatyczna kawa-szczególnie taka którą można spokojnie wypić, a nie w biegu, sprawia, że dzień zyskuje na jakości. A Wy? Kawa czy herbata?
Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, a jak się wyśpisz, to od razu masz mniejszą ochotę targnąć się na życie swoje i innych. Potwierdzone naukowo i przeze mnie. Sztuką jest jednak wyspać się, a nie "przespać się" i nie chodzi tu o przystojnego bruneta obok, tylko spanie zbyt długo. Wiadomo, co za długo, to nie zdrowo, ja zazwyczaj staram się robić tak(w wolny dzień), że jak już się obudzę ok. tej 9-tej powiedzmy, to dosypiam góra 15 min i wstaję. Po kawie szybko się rozbudzę, a tak, gdybym spała jeszcze godzinę lub 2 jak podpowiada podstępna ciepła kołdra, chodziłabym później przez cały dzień jeszcze bardziej zołzowata niż normalnie(da się).
Nie, to nie moje zdjęcie. Uwielbiam gotować. Nic tak nie poprawia mi humoru, jak gotowanie, a już tym bardziej jedzenie. Dobra przemiana materii ratuje moją talię(na razie), bo czasem potrafię być jak odkurzacz. Jedzenie to czysta przyjemność, daje mi niesamowitą satysfakcję, a dobrze przygotowany posiłek to znak, że jednak jakaś siła wyższa musi nad nami czuwać.
Fanką bezsensownego łażenia po sklepach zazwyczaj nie jestem(zazwyczaj, bo jednak czasem budzi się we mnie ten babski pierwiastek). Niemożliwość kupienia czegoś później mnie frustruje, więc na zakupy chodzę, jak czegoś potrzebuję, a wtedy i kasy nie żal wydać. Swoją drogą, zawsze na genialne rzeczy trafia się z pustym portfelem, idąc na zakupy "tylko się porozglądać", za to rzadko gdy jest potrzeba i są środki. Taka złośliwość tego świata. Na szczęście nadal jedną z ulubionych rzeczy do kupowania jest...tak, jedzenie, a jego asortyment jest raczej niezmienny, więc równie bardzo cieszą mnie buty, co miesięczny zapas zielonych oliwek.
Może i wyjdę na nawiedzoną, ale lubię. Do tego trafił mi się facet romantyk, więc potrafimy tak siedzieć, spoglądać na Księżyc, liczyć gwiazdy i zapominać o całym świecie. Macie coś takiego, że nie potraficie spać w pełnię?
Możecie się śmiać, ale w pasiastych skarpetkach mi weselej. Chyba nigdy z nich nie wyrosnę, nie raz było tak, że ubrana z góry na dół w elegancką czerń,po zdjęciu butów świeciłam różowo-niebiesko-zielonymi paseczkami. I od razu był śmiech, i od razu weselej. Można też wesoło nimi machać, a że B. ma fetysz dotyczący moich stóp, to takie machanie często ciekawie się kończy.
Pewnie wiele rzeczy mogłabym dodać jeszcze do tej listy. Grunt to pamiętać, że życie składa się z takich drobnych szczegółów i wypełniać sobie nimi przestrzeń. Chyba jutro czas, na książkę i pasiaste skarpetki..
Działając w różnych organizacjach czy instytucjach i uczestnicząc w wielu wydarzeniach,studenckich lub nie, zauważyłam dosyć ciekawe zjawisko. Może dlatego, że potrafię dobrze obserwować ludzi, utrzymując lekko zdystansowaną pozycję, lub w związku z częstszym przebywaniem w męskim gronie, mam lepszą do tego perspektywę. Mianowicie chodzi mi o kobiety tzw. dobrze ustawione(lub które myślą, że tak jest).
Pani ABC. poznaje Pana XYZ. Pan XYZ. aktywnie działa w organizacji, na w miarę wysokim stanowisku w wewnętrznej(trochę nieoficjalnej) hierarchii. Pan XYZ. ma gadane, perspektywy, zna wielu ludzi. Pani ABC. puchnie z dumy, gdy Pan XYZ. wybiera ją na swoją wybrankę. Sama też jest wykształcona, nie brakuje jej urody. Od tego momentu, zdanie Pani ABC. o sobie szybuje w górę niczym Apollo 11. Czuje się, jakby złapała Pana Boga za nogi. Równie wysoko, jak mniemanie lewituje nosek, ego, a spada ocena swoich zasług i umiejętności. Nie jest już przyszłą młodą psycholożką, z pomysłem na własny biznes i pasjami. Staje się satelitą Pana XYZ., jeżeli już zostajemy przy kosmicznych porównaniach. Sama czuje się jednym z ważniejszych członków organizacji, w której działa Pan XYZ., mimo, że już teraz niewiele potrafi wnieść w jej życie. Oczywiście często bywa na klubowych spotkaniach, dzieli się wydarzeniami na FB i Twitterze, zazwyczaj jednak siedzi przez cały wieczór, wpatrując się maślanymi oczami w swojego mężczyznę. Na inne kobiety działające w organizacji, patrzy z wyższością. Co one mogą wiedzieć, one się nie liczą, one nie oczarowały przecież XYZ.
Pani ABC. nie ma swojego zdania, Pani ABC. dostosowuje swoje plany. Pani ABC. pozbywa się wielu znajomych.
Miałam ostatnio okazję rozmawiać z Panem XYZ. Inteligentny, acz trochę zadufany w sobie człowiek, spieraliśmy się ze sobą w paru kwestiach dotyczących pomysłów na promocję organizacji. Po rozmowie podeszła do mnie podekscytowana Pani ABC., nie słysząca zresztą naszej rozmowy: -Ale Cię przegadał, nie? On jest taki uparty, ten Mój XYZ. Jak mówi, to mogę tak siedzieć i słuchać godzinami...
Cóż..ani mnie nie przegadał, ani nie przekonał do swoich racji. Ot, tylko zrobił wielkie oczy i szybko się wycofał, gdy spotkał kobietę, która jednak mu się sprzeciwia. Na pewno znajdzie utulenie w ramionach Pani ABC. Tylko, gdzie ona je znajdzie, gdy Pan XYZ. jednak się nią znudzi? Z czym zostanie?
Czy naprawdę pozycja partnera jest tak ważna dla kobiety? Czy naprawdę to poprzez niego ona identyfikuje samą siebie? Pani ABC. może mieć lat 20, 30, 40 czy 50. Wiek, doświadczenie, wykształcenie często nie grają roli.
Władza kręci, ale czy niektóre z nas nie za bardzo?
Od około 3-4 tygodni jestem na diecie niskoglikemicznej. Jak maniaczka słodyczy była w stanie praktycznie całkowicie wyeliminować cukier z diety?
Ano była zmuszona pewnymi dolegliwościami, związanymi z kandydozą. Przyczyny, dlaczego mnie to dopadło są złożone, objawy, jakie miał mój zdewastowany organizm również Wam daruję. Żeby się z tego wyleczyć, oprócz brania leków, należało drastycznie zmienić dietę. Podobno te ścierwa są w stanie siedzieć w organizmie 2-3 lata i kompletne zrezygnowanie z diety kończy się nawrotem. Na szczęście powoli wychodzę ze ścisłego etapu i jest coraz więcej produktów, które mogę jeść.
Na pierwszy ogień zrezygnowałam ze słodyczy. Praktycznie z dnia na dzień. To było straszne, czułam się bardzo źle, ale to tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że tym bardziej powinnam wytrzymać, skoro cukier tak bardzo mną zawładnął. Trzęsły i pociły mi się ręce, byłam nerwowa, nie mogłam sobie znaleźć miejsca i miałam odruchy niekontrolowanego mlaskania na samą myśl-serio xD . Najgorszy był 2-5 dzień, później już z górki. Teraz oczywiście tęsknię za słodyczami, ale nie jest to już etap, że dałabym się zamordować za czekoladkę.
Właściwie prawie w tym samym momencie odstawiłam czerwone warzywa(mają dużo cukru w sobie), marchewkę, buraki, wszystko co zawiera pszenicę- jasne pieczywo, makarony, w odstawkę poszedł biały ryż, owoce(oprócz cytryny, limonki i czerwonego grejpfruta, czasem kwaśne kiwi), serki, jogurty, soki, przetworzona żywność w stylu chipsów, gotowych sosów, zup, wszystko co zawiera drożdże(większość pieczywa, pizza) i grzyby.
To praktycznie jedyny owoc, jaki mogę jeść(pokażcie mi tego, to zje całą cytrynę czy limonkę ;p), więc naturalnie zaczął zastępować wszystkie stare jedzeniowe nawyki. Po zjedzeniu połówki już tak bardzo nie miało się ochoty na czekoladowy tort posypany chipsami, jak wcześniej.
2. Gorzka czekolada
By jules (chocolate-2) [CC-BY-2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], via Wikimedia Commons
Zaczęłam od 70%(dobra), doszłam do 90%(staram się szybko gryźć, żeby nie czuć smaku, tylko rozchodzący się czekoladowy aromat). Oczywiście góra 2 kostki dziennie, od jakiegoś tygodnia już nie potrzebuję nawet tego, więc chyba są postępy. W takiej czekoladzie cukier też jest, ale dużo mniej niż w zwykłej, więc psychicznie pomagała przetrwać trudne początki.
3. Jedzenie tego, na co zawsze miało się ochotę, ale jakoś tak wcześniej kupowało się ciągle coś innego
Zawsze np.: lubiłam takie produkty, jak szpinak, kasza, ciemne pieczywo a jakoś tak zawsze ze względu na łatwą dostępność, nawyki i czasem cenę, w koszyku lądowały te same produkty, co zwykle- jasny makaron, najzwyklejszy chleb i słodkie słodkie słodkie. Fajnie było w pewnych kwestiach być zmuszonym zmienić swoje zwyczaje i nagle zrobiło się dużo miejsca na zdrowsze, ciekawsze przepisy. Lubię nowości w kuchni, a teraz poznaję więcej pomysłów na dania, nowe sposoby przyrządzania i to jakoś rekompensuje brak niektórych produktów w diecie.
4. Kanapki
W rodzinie i wśród znajomych uchodzę za mistrzynię robienia kanapek. Może z tego względu, że lubię kuchenne improwizacje, potrafię tak połączyć na kanapce rzeczy z lodówki, że każdy przyzwyczajony do sera z szynką(albo tylko jednego lub drugiego, w przypadku studentów) bardzo sobie chwali to, co przygotuję. Kanapki w chwilach mniejszego głodu, silnej ochoty na słodką czy słoną przekąskę, pozwalają smacznie zatkać sobie japę, żeby przestała domagać się batonika. Ciemne pieczywo, masełko(do którego pierwszy raz się przekonałam), kozi ser, salami, pomidor i rukola- pycha!
5. Warzywa
Skoro nie mogę robić przekąsek z owoców, to zostają mi warzywa. Talerz pokrojonych brokułów(brokuła? nigdy nie wiem, jak to się odmienia poprawnie), żółta papryka, rzodkiewki, do tego własnoręcznie robiony sos czosnkowy to główna filmowa przekąska moja i B.
6. Szklanka wody z limonką na czczo, 15 min przed śniadaniem
By J.smith (Own work) [CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons
Oczyszcza organizm, wspomaga trawienie zalegających resztek, orzeźwia i lekko nasyca. To oprócz ziołowych i zielonych herbat mój główny napój, a im lepiej organizm zaczyna funkcjonować, tym mniej domaga się cukru.
7. Wsparcie bliskich
To chyba najważniejszy punkt- przynajmniej na początku, gdyby wszyscy wokół mnie brali kąpiel w żelkach, tapetowali sobie pokój papierkami po cukierkach, jedli pączki na obiad i umawiali się ze mną w cukierni to bym nie wytrzymała. W domu u rodziców bywa różnie, nie będę ich przecież zmuszać do diety tylko dlatego, że przyjeżdżam. Od ostatniego razu, gdy u nich byłam(2 dzień odstawienia cukru to był) i popłakałam się przed szafką na widok pudełka czekoladek Lindt(serio...rozchwianie miałam wtedy straszne), mama pochowała wszystkie pyszności i szamią tylko w ukryciu. Na szczęście na co dzień mieszkam praktycznie sama, współlokatorzy nie obnoszą się ze słodyczami, a mój B., który często u mnie pomieszkuje, jest na takiej samej diecie, bo go zaraziłam...On zmiany w jadłospisie przeżywa gorzej, ale staram się dawać mu dobry przykład, zdrowo i smacznie nam gotować, więc jakoś daje radę. Taki towarzysz niedoli jest dobry również z tego powodu, że nikt kto nie odstawił tak szybko cukru, nie zrozumie problemów bezcukrowego. Możemy sobie razem narzekać, wspominać, opowiadać o słodyczach, które nam się śniły(naprawdę prawie co noc śni mi się coś słodkiego) i jakoś się wspieramy.
Czy polecam taką dietę? Czuję się dużo lepiej, nie śpię tyle(w ciągu dnia już w ogóle nie potrzebuję), mam płaski brzuch bez ćwiczeń(tzn szczupła byłam zawsze, ale wcześniej przez kandydozę miałam nieco wzdęty), mam więcej energii. Jeżeli tylko będę mogła, na pewno chcę wrócić do wszystkich owoców, warzyw, do ciast i słodyczy w minimalnej ilości, od czasu do czasu. Na pewno nigdy już nie doprowadzę do takiej ilości cukru w jadłospisie, jak dawniej ;)
W ostatnim poście pisałam, że z podróżami u mnie trochę na bakier. Nie żebym nie chciała- bardzo marzy mi się, żebym w końcu ruszyła dupę i zaczęła ten świat naprawdę poznawać. Na razie przeszkodami był a to paszport(a raczej brak, więc gdzieś dalej ni chu chu),a to kasa,a to brak towarzystwa a to... No właśnie, wymówek wiele, pewnie i tak główną przyczyną było lenistwo, więc powinnam się wstydzić i biczować za ten swój zaścianek.
Skoro już napisałam, że mi się marzy, to postanowiłam wybrać 10 miejsc, do których pojechać chcę koniecznie. Część standardowa, część mniej, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się zrealizować to, a nawet więcej. Więc....
1. Meksyk.
Jako miłośniczka meksykańskiej kuchni, Fridy Kahlo i tych pociesznych zespołów w sombrerach i z grzechotkami, wygrywających "la cucaracha", nie mogę nigdy nie zawitać do Meksyku!
Podobno podróże teraz są tam nie do końca wskazane, bo łatwiej natkniesz się na ulicy na członków narkotykowego kartelu, niż mariachi, ale do odważnych świat należy ;)
2. Kuba
Jak już jesteśmy przy Meksyku, to niech będzie też Kuba. Hawana ma podobno nadal niepowtarzalny klimat, a ja chętnie pobawię się w Hemingwaya, pijąc, paląc cygara(co z tego, że jest okropne i można sobie wypluć płuca) i słuchając tamtejszej niepowtarzalnej muzyki. Mam nadzieję tylko, że skończę lepiej niż on.
3. Islandia
Nie ma co ukrywać, jestem trochę nerdem i rozczytuję się w fantastyce. Z tego względu, wyprawa w miejsce, gdzie nie można wybudować drogi, jeśli można nią urazić elfy, byłaby dla mnie niezłą gratką. Skandynawskie klimaty zawsze mnie kręciły, Islandia to dla mnie ich kwintesencja.
4. Holandia, Amsterdam
To może akurat nie byłaby jakaś wyprawa życia, urywająca z wrażenia dupę, jednak słyszałam wiele opinii o świetnym klimacie miasta(nie wiem, czy opinie były obiektywne, czy z perspektywy coffee shop'ów, ale anyway. W końcu też mogę się postarać o odpowiednie postrzeganie już na miejscu). Jest też niewielka szansa, że może natchniona widokiem, przekonałabym się w końcu do rowerów(ostatni raz jeździłam z 8 lat temu, jak nie więcej ;p), a to byłoby dla mnie dużym sukcesem.
5. Francja, Paryż
Wiem, oklepane straszne. Ale kto by nie chciał być Amelie Poulain, Audrey Hepburn i Charles'em Baudelaire w jednym? Muszę tam pojechać właśnie bo Amelie, bo Audrey, bo właśnie skończyłam czytać "Nędzników", bo Montmartre. A pod osłoną nocy, udając że mam dzieci- tylko zgubiłam je w tłumie- Disneyland.
6. Francja, Prowansja
Daleko nie zajechałam od ostatniego punktu, jednak odkąd wróciła stamtąd moja(przyszła) teściowa, zdążyła mnie już zarazić opowiadaniami, zdjęciami i błędnym, rozmarzonym wzrokiem na samo wspomnienie. Nie mogę być gorsza od mojej teściowej(o, co to to nie!), więc chcąc nie chcąc Prowansję również muszę zaliczyć.
7. Bhutan
Powoli kraj otwiera się na turystów, pojechać zdecydowanie warto. Nie wiem nawet, czy zaczęłabym najpierw podziwiać Himalaje, buddyjskie klasztory, czy niesamowitą przyrodę. Królestwo Smoka, jak można przetłumaczyć oficjalną nazwę państwa, kusi odpoczynkiem od zgiełku, możliwością przemyślenia tego i owego(tzn. na fotelu w domu też da się myśleć, ale o ile lepiej się myśli, jak wszystko zostawiamy daleko za sobą i możemy w takiej oprawie nabrać dystansu). Chcę, chcę, chcę, a B. to w ogóle by padł ze szczęścia, gdyby mógł się tam zabrać.
8. Indie
Zdecydowanie koniecznie odwiedzić w trakcie obchodów święta holi. W tym roku i tak wezmę udział w festiwalu kolorów w Polsce, więc zawsze to jakaś namiastka, ale tam to już w ogóle jest rozmach.
9. USA
Już nawet nie wiem, czy bardziej NY, czy Kalifornia, czy Wielki Kanion, czy cholera wie co.. Najlepiej wynajętym samochodem przez całe stany i być jak Thelma i Louise.
10. Maroko
Chyba jeden z niewielu już krajów arabskich, gdzie jeszcze bez strachu o własne życie można pojechać. Poznałam zresztą paru Marokańczyków i wszyscy byli bardzo pozytywni, więc to tym bardziej zachęca. Paskudna jest jednak ich słynna herbata z miętą, smakuje jak syrop, zdecydowanie wolę polską, łagodną wersję...
A Wam jaka podróż się marzy? A może już taka za Wami?
Być może zdziwi Was, że jestem osobą, która nigdy szczególnie nie lubiła wiosny. Ta pora roku zawsze sprawiała dla mnie wrażenie nijakiej, ani to ciepło, ani zimno, w mieście zazwyczaj oznaczała więcej psich kup na na trawnikach, niż kwiatów.
Coś jednak zmieniło się w zeszłym roku, gdy wylądowałam tutaj...
Ktoś poznaje? Bruksela. Jeden z lepszych weekendów majowych w moim życiu. Trochę pracujący, ale to nic. Szok kulturowy, bo pierwszy wyjazd za granicę(serio...mój poziom światowości oscyluje gdzieś na poziomie Żuław Wiślanych, czyli ogólnie nisko). Szok bo w mieście, i to tak wielkim, można poczuć i zobaczyć wiosnę. Praktycznie na wyciągnięcie ręki.
Powrót do kraju, przeprowadzka wczesną jesienią do nowego mieszkania(a właściwie pokoju-dalej jestem na etapie kolektywnego mieszkania- w domku jednorodzinnym na spokojnym osiedlu z parkiem i mnóstwem przydomowych ogrodów). To był strzał w dziesiątkę. Zawsze dorastałam w mieście, na etap rodziców mieszkających na wsi załapałam się na bardzo krótko, bo wyjechałam szybko na studia. Miasto kochałam, miasto kocham. Jednak albo bijący mi licznik, albo nabycie nowej perspektywy-że może być i nowocześnie i blisko natury- zweryfikowało mi wizję tego, gdzie chcę mieszkać. Tam, gdzieś, kiedyś, jak ułożę już sobie życie(pewnie nigdy xP). Wracałam dzisiaj do domu, patrzyłam na kwitnące drzewka magnolii, na wirujące w powietrzu różowe płatki wiśni, opadające lekko na drogę, wiatr i słońce tańczyły na moich włosach i poczułam, że to chyba jest to. Że nie dam się już wcisnąć w samo centrum miasta, chyba, że to miasto pozwoli na cieszenie się takimi detalami. Że zgiełk wcale nie jest taki fajny, bo po x godzinach w szumie ludzi, samochodów, tramwajów, dusznej windy i spalin, dobrze jest się zatopić w ciszę, niosąc w ręku drobne zakupy, żeby te wiosnę spokojnie przenieść też na talerz i celebrować, co nam daje przyroda.
W związku z tym, że wczoraj było o różnych planach i postanowieniach, a dzisiaj na blogu Usta-Usta http://www.usta-usta.eu/2014/03/zasada-pareto.html#more , na który od pewnego czasu regularnie zaglądam, pojawiła się notka o Pareto, o której to zasadzie też miałam pisać, to i ja takową poczynię.
Pierwszy raz usłyszałam o niej przy okazji arcyciekawego przemówienia w piątek, tak więc zasada jest dla mnie dosyć świeża i nie mogę się nazywać specjalistką w jej dziedzinie. Nie do końca jeszcze wiem, jak ją ugryźć, jak wybrać te nieszczęsne 20%.
Pozwolę sobie pominąć przytaczanie zasad, bo świetnie już to zostało zrobione na Usta-Usta, jednak chciałam wspomnieć o czymś, co się tam nie pojawiło. Mianowicie-delegowanie zadań.
W piątek usłyszałam:
- Efektywne wykorzystywanie czasu, to też dzielenie się zadaniami. Jeśli pracujesz w zespole, to nigdy nie jest tak, że wszyscy jesteście we wszystkim świetni. Wybierz sobie z całego zadania tę część, którą wiesz, że wykonasz szybko i dobrze, najlepiej tę, którą uznasz za te najważniejsze "20%" z całości. To Ty będziesz odpowiadać za główny efekt na koniec, będziesz spokojniejszy, jeżeli do tej pory miałeś problemy z delegowaniem zadań . A nawet jeśli reszta nie do końca zrobi te swoje 80% tak, jak powinna- co z tego? Najważniejsze i tak przecież było te 20 %.
Dla mnie zasada jest trudna do wprowadzenia w życie.
Po pierwsze, jestem typową Zosią Samosią.
Po drugie, albo trzeba mieć bardzo dobrze wyrobioną intuicję, albo jej nie mieć- nie wiem, czy ważniejszy jest kontakt z osobą A, czy B, przeczytanie rozdziału A, czy B, jak w ogóle hierarchizować zadania? Wiem, że dobrze wg tej zasady idzie mi nauka, jednak przeniesienie Pareto na inne dziedziny życia na razie trochę przerasta. Podobno te legendarne 20% to po prostu rzeczy najtrudniejsze i najbardziej skomplikowane, i jak je zrobimy, to nikt się nie będzie czepiał, że reszta olana. We will see...
Po trzecie, mimo, że z jednej strony jestem leniem i trochę bałaganiarą, z drugiej, gdy już zacznę coś robić, jestem demonem drobiazgów. Potrafię na przykład spędzić cały dzień nad robieniem dopracowanej prezentacji, gdzie wszystko ma być z pomysłem, elegancko, symetrycznie, och ach i jest to dla mnie arcyważne. Może to pierwsza rzecz, która nadaje się do zmiany wg Pareto, jednak łatka autorki ładnie oprawionych graficznie prezentacji jest przecież taka miła ;P
W piątek poznałam również metodę ABC:
A- najważniejsze zadania, których nie możemy nikomu przekazać
B- zadania pilne i ważne, ale może zrobić je ktoś inny
C- drobiazgi, pozostałości z dnia poprzedniego, delegujmy, aż będzie huczeć
Jest to chyba jakiś pomysł na dzielenie swoich zadań. Tych z życia codziennego, o ile nie mamy stałego partnera, tak łatwo delegować nie będziemy(bo niby komu?), ale zawsze można podzielić na ABC, żeby ustalić priorytety- przy A spinać tyłek, przy B wyluzować, C może walczyć o zrobienie z nowym sezonem serialu, czy przeglądaniem Facebooka ;)
Nigdy nie myślałam, że w ciągu roku można wydorośleć. Chyba się stało i bardzo dziwnie z tym się czuję. Nie ma nastolatki, z piwem, w glanach, chodzącej na n koncertów, zimnej suki czekającej na ukochanego, zagubionej, zdolnej do tańca i śmiechu na ulicy. Czasami się jeszcze pojawia, ale coraz rzadziej. Dominuje opanowana młoda kobieta, pewna siebie, nosząca się w eleganckim stylu retro, podejmująca rozsądne decyzje i zmagająca się ze światem.
Skąd ta przemiana? Może od momentu koncertu KULTu w tamtym roku. Gdy poczułam się w tłumie tak bardzo samotna, że po powrocie do domu leżałam na podłodze i płakałam, próbując krzykiem wypełnić puste cztery ściany. Później poznałam Jego. Szalony grudzień, jak z bajki, może trochę groteskowej, ale w końcu takie klimaty są najlepsze. Związek na odległość. Pierwszy. Ból, głos w słuchawce, powoli rodzące się uczucie, bo przecież na początku to miała być tylko zabawa.
Przeniosły się na mnie Jego rodzinne problemy, skomplikowana przeszłość, zagubienie. Byłam Jego latarnią, a on rozbitkiem na małej tratwie, wytrwale zmierzający do brzegu, po wielkiej morskiej burzy. To duża odpowiedzialność. Czasami przytłaczająca. Problemy z rodzicami, którzy nie do końca akceptowali. Ciągła walka o coś. O prawo do szczęścia, o swoje miejsce na ziemi, prawo do wybrania drogi. To niesamowicie zahartowało. Jego przeprowadzka, zmaganie się z trudami dnia codziennego. Powoli wychodzimy na prostą. No właśnie, jesteśmy "my". Już nie "ja", chociaż bardzo tej swojej autonomii bronię. Czasem to nawet śmieszne.
Nie chciałabym wrócić do tamtej mnie. Dalej mam dni, gdy wkładam glany. Nadal słucham ciężkiej muzyki, byłam na woodstock i mam swoje odchyły. To chyba dobrze, pozwala na równowagę, od niczego nie muszę się odcinać. I chociaż ciężej, to jest spokojniej. Stabilniej. Bardziej wiem, czego chcę i co jest w życiu ważne. A gdy nie wiem, to On wyciąga swoją dłoń i mi ją podaje. Czuję ciepło bijące od niej. Podobno jestem energetycznym wampirem. On odwrotnie- oddaje mi każdą cząstkę siebie.
Kim jest P.?
Kobietą- młodą.
Palaczką- początkującą.
Blogerką- mało wytrwałą.
Twardo stąpającą po ziemi marzycielką.
Zawsze uśmiechniętą pesymistką.
Uwielbiającą podróże domatorką.
Zaspaną miłośniczką kawy.
...No i tu właśnie, że się tak okrutnie wyrażę, pies pogrzebany, że P. właściwie sama nie wie, kim jest. Ale się dowie. Kiedyś.